Grzybowe opowieści :D

październik 2, 2009 - autor: adi

Wietnam to naprawdę dziwny kraj.
Przedwczoraj poszliśmy do naszej wspaniałej ambasady,
enklawy polskiej w Wietnamie, naszej ostoi i opoki, na której
pomoc zawsze możemy liczyć. No i nie chcieli nas wpuścić.
Po naciśnięciu na domofonie guziczka “recepcja” odezwała się
pani, płynną polszczyzną pytająca, o co chodzi. Rozmowa
wyglądała mniej więcej tak:

- Dzień dobry?
- Dzień dobry.
- Słucham?
- Jesteśmy studentami z polski i chcielibyśmy dowiedzieć się
czegoś o naszym stypendium.
- A, stypendium. To na początku miesiąca, przyjść.
- A jakieś informacje?
- A panowie po pieniądze czy po informacje?
- Po informacje.
- Jak informacje, to czekać chwilę (stukanie w klawisze)
…(chwilę później) to panowie po informacje czy po pieniądze?
Bo jak po informacje to czekać!
- Po informacje.
- A to czekać, czekać.
Po jakimś czasie otworzył nam pan charge d’affaires ambasady
polskiej w Hanoi i… sprawdził nasze dowody osobiste. Zaczął
wybrzydzać że nie jestem Arturem. Po czym stwierdził że nie ma
dużo czasu i powiedział, że w sumie nie obchodzi go nic,
pieniądze odbieramy gdy przyjdzie mail, że mamy po nie
przyjść, a  w razie wieeeelkich problemów, możemy ewentualnie
się z nim skontaktować. Dobrze wiedzieć, że można liczyć na
polskich urzędników :/

Tego dnia byliśmy na obiedzie w KFC. Bo, jak się okazuje,
mają tutaj KFC. Zamówiłem zestaw, który obejmował
“zingera”, sałatkę coleslaw, frytki, udko H&S i pepsi. I nic nie
smakowało jak w polsce.
Zinger – mięso nie było ciemne ani białe, było czerwone. Dwa
plastry pomidora, plaster sera, liść sałaty, bułka i kleks
majonezu. Nigdy więcej zingerów w Wietnamie.
Coleslaw – okazało się, że była to najlepsza część posiłku, bo
smakowała tak, jak powinna.
Frytki – no, dawały radę, tylko że były prawie bez soli, ale
ogólnie ok.
Udko – masakra. Przyzwyczajony do udek H&S w Polsce,
które są marynowane, panierowane i smażone, kiedy dostałem
udko, które wyglądało tak samo jak polskie, spodziewałem się,
iż będzie ono bardzo dobre. A smakowało jak kurczak surowy,
zapakowany w panierkę, która była bez smaku.
Pepsi – smakowała jak mirinda + pepsi… Ale ok.
Jednym słowem – nie chcę jeść już więcej w kfc VN. Szkoda
kasy i nerwów oraz kolejnych rozczarowań.
Wieczorem poszliśmy do kawiarni Papa Joe’s. Świetna nazwa,
taka bardzo wietnamska ;] Wypiliśmy po bardzo dobrej,
wietnamskiej kawie, po czym poszliśmy zapłacić. Jedna kawa
kosztowała w menu 18000 Dongów, a zatem za 2 kawy
powinniśmy zapłacić 36000, a z banknotu 50000 pani, bardzo
miła, wydała mi 6000 ;P I jeszcze się bardzo ładnie uśmiechnęła,
na pewno pomyślała sobie: “Proszę, głupi białasku, orąbałam
cię, ha!” :P
(Po ulicach hanoi chodzi dużo kobiet w piżamach ;P)

Nadszedł czas przeprowadzki z pokoju hotelowego, z klimą, z
ładną łazienką (jak na standardy VN) do pokoju w akademiku.
W dniu, gdy pojawiliśmy się na uniwerku, aby dowiedzieć się
czegoś o naszych zajęciach i w ogóle obowiązkach, dostaliśmy
książeczkę o naszych obowiązkach i zasadach obowiązujących
na uniwersytecie. Nasza pani “opiekunka” powiedziała, że
zajęcia zaczynamy następnego dnia, na razie tylko z wymowy.
Wszystko byłoby ładnie i pięknie, gdyby nie fakt, że nasz pokój
w akademiku jest w gorszym stanie i śmierdzi bardziej niż
niejedna altanka działkowa. Po kolei:
- Na suficie mamy grzyba. Na całym. Śmierdzącego w dodatku.
- Łóżka są nad biurkami (w sensie coś jak łóżka piętrowe, tylko

że zamiast łóżka dolnego jest biurko, półka i mała szafa) – pomysł całkiem dobry, tylko że łóżka nie są chyba
przystosowane do ludzi naszej wagi, bo gdy położyliśmy się nanaszych wyrkach, to przy najmniejszym nawet ruchu nogą czy czymkolwiek innym wyrka się tak gibały, że zastanawialiśmy się,
czy w nocy nie spadniemy na twarz. Ale jednak obudziliśmy się
cali i zdrowi (chyba).
- Łazienka – słuchawka od prysznica cała zardzewiała +
skamieniała, ponadto przecieka bokiem; zlew pęknięty, bateria
przy umywalce była kiedyś srebrna, teraz jest niebieska, bojler
włącza się prztyczkiem tuż obok prysznica, bojler w ogóle
podłączony jest do kabli wystających ze ściany za pomocą
kabla dwużyłowego, z którego zdjęta jest izolacja. No i na
suficie jest grzyb, który jest naszym dzielnym towarzyszem.
- Obok łazienki jest pokoik, który chyba służy jako suszarnia.
W każdym razie jest tak samo odrapany jak cała reszta pokoju.
No i nie ma okna z szybą, tylko kratę i przyczepioną do kraty
metalową moskitierę. Oczywiście nie zakrywa ona całej
powierzchni “okna” więc równie dobrze mogłoby jej w ogóle nie
być.
- Przed drzwiami naszego pokoju studenci ustawiają swoje
skutery, tak więc mamy bardzo ograniczone możliwości
przejścia do i z naszego pokoiku…
Jednym słowem – bieda aż piszczy. Napisałem dziś prośbę o
zmianę pokoju, bo w tym boimy się o swoje zdrowie.
Aaaa…
Jeszcze jedna historyjka. Na wyposażeniu naszego pokoju
znajdują się dwie lampki. Wziąłem wczoraj jedną z nich i
podłączyłem do prądu. Zaczęła świecić. Ale słychać było takie
rzężenie prądu, jak na przewodach wysokiego napięcia…
Patrzę, a tu nagle w jednym miejscu przy wtyczce kabel zaczyna
się palić!
Normalnym, czerwonym płomieniem, wysokości zapałki…
Szybko wyszarpnąłem kabel z gniazdka i po chwili ogień zgasł.
Okazało się, że izolacja kabla była uszkodzona i było
przebicie… Ech. Za dużo tych przygód jak na te kilka dni.

Wczoraj spotkaliśmy się z naszą znajomą, Hương. Bardzo
sympatyczne dziewczę, miłe i – co najważniejsze – tubylcze ;P
Poszliśmy z nią do bia hoi, siedzieliśmy na plastikowych
krzesełkach na chodniku, jedliśmy świeże fistaszki… Piwo za
3000 dongów (ok, 60 groszy :D ) Było bardzo ciekawie,
następnym razem będziemy gadać po VN a nie po angielsku.
Dziś napisaliśmy pismo na temat naszego pokoju, dlaczego
Ruskie mają normalny pokój, a my nie. No i pani dziekan
przyjęła to pismo i stwierdziła że może dziś uda się coś zrobić.
Pojechaliśmy z Pablem na miasto na obiad i do ambasady, po
czym wracaliśmy zatłoczonym na maksa autobusem. Przez kilka
przystanków jakiś dziadzia trzymał się mnie i mojej torby ;P
Wszsycy ściśnięci jak sardynki w puszce i w ogóle… Ale było
ok. Nikt się nie sadził, nikt na nikogo się nie darł, panowała
atmosfera ogólnego zrozumienia ;]

Dotarliśmy do naszego akademika godzinę po tym, jak
wsiedliśmy do autobusu (normalnie taka podróż zajmuje nam 30
min ;P), prosimy pana o klucz, wydał nam go, po czym
poinformował, że miesiąc musimy przemieszkać w tym pokoju,
po czym przeniosą nas na górę, bo w tej chwili nie ma żadnego
innego wolnego. Usiadłem sobie przy wyjściu z całego bloku,
patrzę, a tam dwóch panów-cieciów czyta nasze pismo :O
Pablo powiedział: “Uważaj, jak za chwilę nam lodówkę wniosą”
(oczywiście w żartach). Chwilę później, siedzę sobie w naszym
pokoju, a tu drzwi się otwierają i co? Dwóch cieciów wnosi
lodówkę :O I telewizor. I nowy czajnik, który gotuje wodę, a
później trzyma ciepło wody… I w ogóle. I pytali co jeszcze nam
potrzeba… I że jak coś jeszcze będziemy potrzebować, to
mamy mówić :O
Tak tu się zrobiło okej, że nawet zaczęliśmy sprzątać i
rozważamy zostanie tutaj… Tylko został ten nieszczęsny grzyb,
ale to zobaczymy co z tego wyjdzie.

A bo tutaj tak dziwnie pachnie…

wrzesień 28, 2009 - autor: adi

No to dotarliśmy.

Siedzimy w pokoju i odpoczywamy po podróży, planując, co musimy zrobić jutro.

Byliśmy na małym obchodzie Hanoia. Pierwsze wrażenie? Wszechogarniający chaos. Wyobraźcie sobie miasto pełne skuterów, motorowerów, motocykli, jeżdżących na dziko wśród samochodów, czasami pod prąd, często przejeżdżających na czerwonym świetle, ale zawsze lojalnie dających wszystkim znać o swoim zamiarze poprzez użycie klaxonu. W życiu całym nie słyszałem tyle piiiiipnięć co dziś, a szliśmy tylko poszwendać się przez 1.5 godziny.

Ania zapytała mnie dzisiaj, czy mamy w pobliżu sklep. Normalnie to jest bardzo dobre pytanie, na które można udzielić odpowiedzi “tak” lub “nie”. Ale nie w Hanoju. Cały Hanoj to jeden wielki sklep rodzinny. Możnaby powiedzieć: “Kto by nie był, to handluje” ;P Już spotkali nas sprzedawcy owoców, książek, żarcia, żarcia, żarcia, owoców, wietnamskich kapeluszy, owoców, żarcia… Że nie wspomnę o wszechobecnych właścicieli skuterów, myślących, że jak białas idzie przez Hanoja, to nie wie dokąd idzie. Ale to nie jest jakieś mocno denerwujące. Wystarczy spokojnie powiedzieć, że KHONG i tyle ;P

W całym tym bałaganie najgorsze jest dla głodnego człowieka to, że wszędzie pachnie żarciem. Tyle, że w większości jest to żarcie wystawione przez 1,50m panią, na 40cm “witrynce”. No i wszystko ok, tylko, że np. są tam kury oskubane i leżą tam sobie wystawione na działanie wszystkiego i o. Już mniejsza o warunki sanitarne, bo jak na to by patrzeć, to moglibyśmy jeść tylko w restauracjach po 8 – 12$, albo w KFC. Bo, wyobraźcie sobie, że w samym centrum Hanoja jest moja firma :P Bieda max :D Kiedyś będę musiał sprawdzić ofertę ;]

No, ale wracajmy do tematu; obiadem dzisiejszym naszym okazała się przesławna zupa Vietnamieńska PHỞ. Niestety dla mnie, była tylko wersja krowia, a nie było kurczakowej. Ale nudle + wywar też dawał radę. Przynajmniej piwo było dokładnie takie, jak chciałem ;] No i zaobserwowałem ciekawe danie, którego chętnie spróbuję. Oczywiście krowie, no ale przynajmniej nie ma tam krowy w dużych plastrach. A to już coś ;] Nasza placówa nazywa się 10 PHỞ, albo i PHỞ 10, bo serwują PHỞ na 10 sposobów. Każdy znajdzie coś dla siebie. Chyba że nie lubi wołowiny ;P Było całkiem przyzwoicie: kelnerki, kucharze i pani, której się płaci za żarcie. Prawie jak w Europie. Tylko, że bez sanepidu, bo i po co. W końcu grzyb na ścianie, przy której kładzie się brudne miski po zupie to nic strasznego. Jaszczurka biegająca sobie po ścianie także krzywdy nam nie zrobi. Teraz sobie myślę, że to całkiem dobry standard gastronomiczny, ale gdyby miesiąc temu ktoś powiedział mi, że  w takim miejscu zjem zupę, jeszcze kilka razy odkładając pałeczki i łyżkę na stół (względnie czysty ;]), to bym się chyba roześmiał. Chyba, bo teraz to sam nie jestem tego pewien ;P

Po jakże udanym posiłku, wybraliśmy się na przechadzkę ulicami naszej wspaniałej dzielnicy. W pewnym momencie wstąpiliśmy na kawuchę do “Cafe”, które – bardzo typowo – obsługiwała sama właścicielka. Spodziewałem się, iż dostaniemy po szklaneczce lurowatej kawy rodem z AirFrance (wszystko inne było ok, ale kawa niestety nie.), a tu proszę – niespodzianka. Kawa była z kostkami lodu, z warstwą pianki na wierzchu i na samym dnie. Do kawy (ok. 0,2l) podano nam wodę (ok. 0,1l). Kawa okazała się być bardzo mocną, aromatyczną kawuchą, lecz największym zaskoczeniem dla mnie była pianka na dnie, bardzo słodka i gęsta. Dobrze czasem trafić w boczną, mniej uczęszczaną ulicę. I dobrze znać Wietnamski, bo gdyby nie to, nie odkrylibyśmy tego miejsca. Pani mówiła tylko po Vńsku, więc gdybyśmy zapytali ją po angielsku po ile ma kawę, a ona nie umiałaby odpowiedzieć, pewnie poszlibyśmy sobie dalej. A tak mamy całkiem przyjemne miejsce, aby pójść na kawuchę. O.

Swoją drogą, Wietnamczyki to dziwny naród. Bo czy jest inne państwo na świecie, w którym jest kilka nominałów banknotów, a na wszystkich ta sama mordka? Ja go nie znam. A tu proszę:

Jest jeszcze kilka nominałów, ale szczerze mówiąc, nie chciało mi się ich już fotografować.

Hm… No to podsumujmy: Wietnam dziwnym krajem jest dla białaska, lecz nie należy się go bać, tylko myśleć, uważać na to, co się robi i nie denerwować się tym, że pytają, czy chcemy coś kupić. Taka ich robota i cóż poradzić? Jedyne, czego nie potrafię zrozumieć, to fakt, iż całe miasto albo śmierdzi palonymi liśćmi, albo żarciem, a konkretnie PHỞ. To naprawdę ciekawe, zwłaszcza w momentach, gdy nigdzie dookoła nie widać sprzedawców jedzenia, ale PHỞ czuje się wszędzie. Nawet ciuchy mi już tym przesiąkły. Tak więc zapach Hanoja, to zapach PHỞ. O.

Hello world!

wrzesień 26, 2009 - autor: adi

Welcome to WordPress.com. This is your first post. Edit or delete it and start blogging!